Z muzyki

lipiec 2nd, 2010

Nigdy nie słuchałem nikogo, kto zagospodarowałby piękniej całą muzyczną przestrzeń, niż Vangelis. Jest jednym z najgenialniejszych kompozytorów ubiegłego wieku. I tak jak pamiętam Kitaro, Tangerine Dream, Kraftwerk, Isao Tomitę, Klausa Schulze - tylko muzyka Vangelisa oparła się wszelkiej próbie czasu. Jest wciąż pełna, niesamowita, budząca się z tła i czarująca, rozrywkowa i poważna. To chyba jedyna muzyka, której nieistnienia w świadomości nie wyobrażam sobie w całej przestrzeni swego nieistnienia. A może taka właśnie jest muzyka raju?

A gdyby ktoś nie był pewien, to po “I’ll Find My Way Home” z Andersonem, “Conquest of Paradise” czy choćby “Chariots of Fire” nigdy nie będzie miał wątpliwości.

Ze świata lektorów2

lipiec 1st, 2010

Kartkami szeleścił też Zbigniew Lutogniewski - genialny lektor, którego głosu nikt już chyba dziś nie pamięta. Spiker radiowy - od radiostacji lubelskiej w 1944 roku. Ponoć gdzieś w Polsce istnieje także szkoła jego imienia.
Związany z lubelskim radiem, czytał nawet sowieckie filmy - i w pamięci zapadł jako ich lektor. Jakby ktoś przypomniał sobie: Świat się śmieje, Czapajewa, czy choćby Królową śniegu w rosyjskiej adaptacji, to dla TVP przeczytał je właśnie Lutogniewski. Pamiętam z dzieciństwa, że on podłożył głos pod kreskówkę Chłopiec z plakatu. Uwielbiałem go jako lektora „Trójki”. Wiem, że odszedł „na posterunku”: w 1980 roku dostał zawał podczas nocnego dyżuru radiowego – chyba właśnie w lipcu lub sierpniu.
W anegdotach jest obecny jako lektor, który czytając na żywo jakiś sowiecki film powiedział, gdy lista dialogowa mu się nie zgadzała z obrazem: „Ludzie, ja nie mam polskiego tekstu”.
Był lektorem esperanto, o czym może mało kto wie, był także lektorem książek dla niewidomych.
Przecudownie czytał horrory, był, jak mnie pamięć nie myli, także lektorem Muppet Show, szło mu to o tyle łatwo, że świetnie czuł kabaret, bo sam w nim występował kiedyś. Pierwsze odcinki porucznika Columbo czytywał dla TVP również. Śmiejący się głos, który równie dobry był w brytyjskich thrillerach, komediach, czy Samotnym białym żaglu.
Cudownym radiowym głosem była też jego żona (zdaje się druga): Stella Weber, babka pełna dystansu do siebie, spikerka radiowej Trójki. Kto ich dziś pamięta?… Chciałbym takich ludzi znać.

Ze świata lektorów

czerwiec 30th, 2010

Ze wspomnianej audycji Jedynki wypowiedź na temat lektora, który dziś już nie czytuje filmów, ale jest postacią-legendą. Tomasz Knapik (też kultowy lektor) opowiedział o nim tak: - Suzina to ja poznam po jednym słowie. Był lekko nonszalancki, szeleścił kartkami, co uważane jest za błąd. Gdy zwracano mu na to uwagę, mówił: „Niech jest wiadomo, że to żywy człowiek czyta”.
*
Jan Suzin zakończył pracę w mediach 26 listopada 1996. Ale słyszałem go i później, zapowiadającego audycje Szymona Majewskiego. Wyczytałem gdzieś, że uwielbia krzyżówki i ponoć czytuje fragmenty Pisma św. podczas mszy. Całkiem niedawno słuchałem audiobooka – bodajże nazywa się: Tracy Brian „Maksimum osiągnięć” – którego lektorem jest właśnie Jan Suzin. Faktycznie szeleści kartkami, ale czyta tak jak dawniej – nikt inny nie potrafi przeczytać poradnikowej książki, by było słychać, że z przekonaniem i jednocześnie z dystansem.

Z historii filmu

czerwiec 20th, 2010

Z doskonałej popołudniowej dzisiejszej audycji radiowej w Jedynce dowiedziałem się, że istnieje Krzyk Wilhelma – najczęściej wykorzystywany dźwięk filmowy na świecie. Pojawia się zawsze, gdy giną bohaterowie filmów przygodowych itp. Ulubił go sobie George Lucas i wykorzystał go w sadze o Indianie Jonesie, Gwiezdnych wojnach, pojawił się w Batmanie i w wielu jeszcze hollywoodzkich produkcjach. Trwa 11 sekund. A wziął się z westernu pt. „The Charge at Feather River”, w którym jeden z drugoplanowych bohaterów – ów Wilhelm właśnie dostaje strzałą w udo od ukrytego w krzakach Indianina. Indianin zresztą wydaje ten sam okrzyk. A później spadający, zrzucani, strącani, usieczeni laserowymi mieczami w filmach fabularnych i animowanych, serio i w parodiach. Jak policzono, w ponad 217.
Wikipedia podaje jednak, że efekt dźwiękowy został nagrany o 2 lata wcześniej niż ów western – i pojawił się po raz pierwszy w filmie (także westernie) Distant drums z 1951 r. Dźwięk miał wydać z siebie aktor i piosenkarz Sheb Wooley. W zapisie słownym wygląda: AAAAAaah!, gdzie „A” od pierwszego do piątego jest coraz głośniejsze, a następne litery już cichutkie.

Ze wspomnień

czerwiec 16th, 2010

12 czerwca 2010 odszedł Jerzy Stefan Stawiński, najlepszy polski scenarzysta. Jeszcze w tym roku odebrał Orła, nagrodę Polskiej Akademii Filmowej za osiągnięcia życia. Pamiętam, że pojawił się na gali osobiście, z trudem wszedł na estradę, i zaraz to skomentował: W pewnym wieku nogi w chodzeniu już przeszkadzają

Z myśli o serialach

czerwiec 13th, 2010

Są seriale, w których gra się problem zupy i niewrócenia dzieci ze szkoły i takie jak „Pitbul”, gdzie można się zastanowić nad odpowiedzią, czy zagrać w nich, czy nie (Grzegorz Kwiecień, aktor młodego pokolenia)

Z kabaretu

czerwiec 13th, 2010

– Nie cierpię, jak mnie gryzą komary.
– A ja przeciwnie, bardzo cierpię.

Ze wspomnień

czerwiec 10th, 2010

Wykruszyło się pokolenie najstarszych stażem dziennikarzy, które spotkałem w początku swojej drogi. W poniedziałek dołączył do nich Andrzej Grądman.
I co ciekawe, niekiedy interesujące są też losy pamięci o nich. Maciek Kukliński stał się np. postacią kultową, choć on, jak go pamiętam, jak najbardziej unikał jakichś poklasków, eksponowania siebie itp. Z fotograficznej działki całkiem w zapomnienie odszedł dziś natomiast Edmund Mularz – nie wiem, czy w młodszym pokoleniu 20-, 30-letnich fotografujących jest ktoś, kto zna jego nazwisko.
Andrzej Wierzbowski ze Szczekocin, piszący jako Jerzy Łozina teksty do „24 Godzin”, to także kultowa postać – istnieje nawet poświęcona mu tablica pamiątkowa. Ryszard Sowiński, który w lokalnej prasie przesiedział chyba z pół wieku, odszedł tak niepostrzeżenie, że nawet nie powiadomiono redakcji – sporo razy w ostatnich latach przychodził z kolejnymi tomami swoich lub pamiętanych tekstów i mówił o pożegnaniu się już na dobre. Tadeusz Gierymski, którego pamiętam jako dziarskiego jeszcze człowieka, w ostatnich latach bardzo podupadł fizycznie: miał ogromne trudności z chodzeniem, trzęsły mu się ręce… Od jego odejścia minęło niewiele i przyszłość zweryfikuje pamięć o nim choćby jako o odkrywcy Poświatowskiej, nie wiem jednak, czy nie należy mu się jakaś skromna wzmianka w muzeum jej imienia, niewielki portret itp. A tego nie ma.
Zbigniew Bebak, aktor – felietonista, zawsze wnoszący do redakcji jakiś optymizm, miał mieć chyba nawet wydany pośmiertnie wspomnieniowy zestaw felietonów czy fraszek – i pomysł opublikowania jego  spuścizny, niestety, rozszedł się po kościach, choć czytało się je z dużą przyjemnością – bo choć o rzeczywistości, miały w sobie nutę refleksyjnego ciepła, charakterystyczną dla ludzi, którzy po prostu lubią świat. Dziś o tych tekstach nikt już chyba nie pamięta… Wojciech Tobolewski – dzisiaj doskonale jest wciąż pamiętany jako redaktor. I gdyby przeciętnego oglądacza telewizji, nawet takiego ze średniego pokolenia, nie mówiąc o starszych, zapytać o częstochowskich dziennikarzy telewizyjnych, to nie wiem, czy wskazano by kogoś innego poza nim. Za to Leszek Figiel, świetnie znany wszystkim jako redaktor Trybuny Śląskiej, popadł w zapomnienie niemal zupełnie.

Z przemyśleń meteorologicznych

czerwiec 8th, 2010

Duszno jakby nastało lato i człowiek ma ochotę wykąpać się w chłodnej wodzie zamiast robić cokolwiek i dokądkolwiek iść. Wody w Polsce pokazują w Wiadomościach tyle, że można by myśleć o plantacji ryżu. Czy w pomieszczeniu, czy na dworze wszystko przypomina temperaturą szybkowar, a wieczorem, kiedy człowiek chętnie usiadłby na piwku, lata mnóstwo kąsających komarzych paskudztw i odbiera nawet i tę przyjemność. W innych latach wiosny były w tym kraju inne.

Z fotografii prasowej

czerwiec 2nd, 2010

W polskich konkursach fotografii prasowej do szału doprowadza mnie, że połowa z nagrodzonych zdjęć w ogólne nie powstaje w Polsce. Tym samym autorzy dają sobie fory na zasadzie: w fajne miejsce pojadę, to zafascynuję jurorów już samym tym miejscem. A ja czekam, żeby polscy fotoreporterzy nie uciekali w opowieści o Tajlandiach, Tybecie i czymś tam jeszcze, ale żeby wreszcie zaczęli patrzeć na Polskę i mówić o niej. Tyle że to jest trudniejsze…